Artykuł zawiera niewielkie spoilery.
Pożegnanie z sezonem pierwszym zaczynam od wiadomości z wielkiego świata . Na swoim facebookowym profilu Zygmunt Miłoszewski dzieli się wrażeniami z kolejnych odcinków Prokuratora, gdyż pomimo tego, że jest scenarzystą, gotowy serial widzi po raz pierwszy. Polecam szczególnie status o tym, w jaki sposób Portret młodzieńca z odcinka piątego stał się olejem na płótnie. To z jednej strony wesoła anegdota ze świata filmowych wpadek (kto ich nie popełnia!), z drugiej zaś – smutny dowód na to, jak polskie kino i telewizja szanują scenarzystów.
Czyżby więc wszystko, co w serialu dobre, pochodziło od scenarzysty, a za złe winić należało reżysera? Przyjemna pokusa. Z drugiej strony mieliśmy w ostatnich czasach na Zachodzie kilka ewidentnych wpadek showrunnera (Moffat, Pizzolatto), więc najlepiej będzie przejść do konkretów.
Pierwsza połowa Prokuratora dobrze przygotowuje widzów na drugą. Raz wyznaczonego stylu i jakości twórcy trzymają się do samego końca. W ostatecznym rozrachunku odcinków udanych okazało się być dokładnie o jeden więcej niż tych ze skazą. Kiedy Miłoszewskim wychodzi, otrzymujemy śledztwo mieszczące się zgrabnie w czterdziestopięciominutowym formacie. Kiedy nie wychodzi, możemy tylko pytać, dlaczego morderca dobrowolnie wszedł w zasadzkę (odcinek ósmy) albo czemu sprawca w ogóle założył, że jego zmyłka nie wyjdzie na jaw, skoro przynajmniej jedna osoba wie o wiele za dużo – to w odcinku dziewiątym.
Mając finał sezonu za sobą, można wreszcie pokusić się o podsumowanie wątku głównego. Najpierw widzieliśmy prokuratora Kazimierza Procha człowiekiem z mroczną tajemnicą. Potem dowiedzieliśmy się, że miał syna, który przed laty zaginął. Wreszcie nastąpił przełom – tajemniczy szantażyści przekazali prokuratorowi, że odnaleźli chłopaka i jedyne, czego żądają za spotkanie, to kilka przysług. Od tego momentu tajemnicza historia zaczęła zgrzytać. Proch jakby zapomniał, że jest prokuratorem. Że ma władzę i możliwości, których brak zwykłemu szantażowanemu rodzicowi. Dopiero szefowa musiała się domyślić, że coś się dzieje i zaproponować wspólne działanie.
To niestety jedna z głównych wad serialu – scenarzyści nie mają pomysłu na pchnięcie historii do przodu, więc decydują się na jakiś tani chwyt. Czasem jest to cudowne zrządzenie losu, czasem chwilowe ogłupienie dotychczas inteligentnej postaci.
W finale sezonu zobaczyliśmy, że zmuszenie Procha do współpracy to tylko jeden z etapów bardzo skomplikowanej operacji, obracającej się wokół jednego z warszawskich banków. I choć do ostatniej minuty bohaterowie błądzili wśród zagadek, (to chyba nie jest spoiler) ostatecznie pokonali niegodziwców. Z kolei prokurator wszedł na długą i, miejmy nadzieję, prowadzącą ku lepszemu, drogę pojednania z rodziną.
Nie zawiedli aktorzy. Miło jest widzieć, jak lubią swoje role. Koman umiejętnie balansuje między odklejeniem od rzeczywistości a nieprzeciętną inteligencją – w tym społeczną. Zieliński ewidentnie bawi się na planie, co tylko dodaje energii jego Kielakowi – bez tego dość sztampowy policjant-po-rozwodzie-ale-o-wielkim-sercu byłby słabszą połową duetu głównych bohaterów. Świetnym wyborem okazało się obsadzenie Cezarego Kosińskiego jako technika Grześka Polaka. Choć fabularnie jego postać służy do tego, by wykonać swoje czynności i zdać raport z wyników (w teatrze takie postaci istnieją tylko po to, by oznajmić, że podano do stołu), to kradnie każdą scenę, w jakiej się pojawia. Najbladziej wypada rola Magdaleny Cieleckiej. Aktorka, wymieniana w czołówce zaraz po bohaterze tytułowym i jego partnerze, miała niewiele do zagrania. Jeśli Miłoszewscy zostawili ją sobie na przyszłość, byłby to jeden z głównych argumentów za drugim sezonem.
Zadawałem sobie nieraz pytanie, czy to my, widzowie, mieliśmy wobec Prokuratora wygórowane oczekiwania, czy raczej twórcy przestrzelili. Wcześniej podejrzewałem pierwsze, dziś skłaniam się ku drugiemu. Te okresowe zadyszki fabuły i łamiące się z nagła intrygi są chyba wystarczającym dowodem.
Zaszkodziła też forma. Po co robić procedural, kiedy cały świat jest nimi znużony? Miłoszewscy (a może winne są wymagania TVP?) lepiej by zrobili, wywalając do kosza słabsze odcinki, a pozostałe historie rozpisując na dwa epizody. Tak przed laty zrobiła spółka Pasikowski/Maciejewski w Glinie. Serial jakościowy (a na taki wszyscy się nastawialiśmy) to powinien być maraton, a nie sprint.
Idąc analogią sportową: Prokurator to obiecujący zawodnik, który wypadł średnio na pierwszych zawodach. Słabiej niż byśmy chcieli, ale na tyle dobrze, że wciąż w niego wierzymy. Przez zimę nadrobi braki. Sam Zygmunt Miłoszewski w swoich facebookowych wpisach nieraz wypowiadał się o tym, jak się na Prokuratorze uczył i jak wyciągał wnioski.
Pytanie też, czy uczy się telewizja. Doszło bowiem do ciekawej sytuacji: jak podają wirtualne media, TVP2 jest zadowolona z poziomu produkcji, ale już nie z oglądalności; zastanawia się nad drugim sezonem. Trudno się dziwić takiej sytuacji, jeśli niedopieszczony serial startuje w trudnym paśmie czasowym. Jeśli więc Prokurator to zawodnik, to telewizja jest jego trenerem. Trenerem, który powinien się zastanowić, czy problemy na kolejnych zawodach nie są jego winą. Przedłużenie byłoby dowodem, że wreszcie uczymy się na własnych błędach.
Zatem po 10 epizodach żegnam się z Prokuratorem. Różnie podczas naszych cotygodniowych spotkań było, ale mam nadzieję, że za rok znowu się zobaczymy.
Prokurator
serial kryminalny
TVP2, 2015–